czwartek, 13 grudnia 2012

Zamieć śnieżna i woń migdałów


Camilla Läckberg powiedziała, że gdy była początkującą pisarką, najbardziej inspirowała ją Agatha Christie - niekwestionowana królowa kryminału. Nowa książka szwedzkiej pisarki Zamieć śnieżna i woń migdałów to nie tylko przedgwiazdkowy prezent dla czytelników, ale i hołd złożony jej ulubionej autorce. Nowa książka to właściwie zaledwie nowelka, co może rozczarować fanów przyzwyczajonych do grubszych i bardziej apetycznych powieści Lackberg. Jednakże nie powinna rozczarować ich fabuła i choć lektura zajmie pewnie zaledwie jeden wieczór, to z pewnością będą to bardzo przyjemne godziny.

Zamieć śnieżna i woń migdałów jest bardzo luźno powiązana z serią o Fjällbacce. Głównym bohaterem jest Martin Mohlin, młody policjant, który ulega namowom swojej narzeczonej i udaje się z nią na rodzinne przyjęcie. Zgodnie z wolą nestora rodu - Rubena - członkowie rodziny Liljecronas zbierają się na niewielkiej wyspie Valön, położonej w sąsiedztwie Fjällbacki. Z powodu zamieci śnieżnej połączenie z lądem zostaje zerwane i gdy Ruben nagle osuwa się na ziemię podczas świątecznej kolacji, Martin musi interweniować. Na odciętej od świata wysepce popełniono morderstwo. I wiadomo, że morderca jest w pobliżu. A ze sceny tego spektaklu, nie ma żadnej ucieczki.

Słynna autorka bardzo interesowała się truciznami i spędziła bardzo dużo czasu na studiowaniu tej gałązki chemii i farmaceutyki. Za czasów brytyjskiej autorki arszenik i cyjanek potasu (słynna woń gorzkich migdałów to charakterystyczna cecha cyjanowodoru powstającego po rozpuszczeniu cyjanku w wodzie) były substancjami bardzo łatwo dostępnymi, zatem ich użycie przez mordercę nie wydawało się nierealne. Arszenik był przecież popularnym składnikiem powszechnie stosowanej trutki na szczury, a cyjanek potasu występował choćby w preparacie odstraszającym osy i używano go w przemyśle fotograficznym.

To kolejna cecha łącząca obie pisarki - dobre przygotowanie teoretyczne. W wywiadzie Lackberg powiedziała: Mogę spokojnie stwierdzić, że zbrodnia była moja pasją od najwcześniejszych lat. Jako nastolatka miałam bardzo dziwaczne zainteresowania, czytałam sporo o prawdziwych przestępstwach, o znanych w świecie sprawach kryminalnych, pasjonowały mnie nowości z tej dziedziny nauki. Dziś czytam regularnie czasopismo wydawane w Szwecji, adresowane do specjalistów z dziedziny kryminologii. Łapię wszelkie nowe pozycje dotyczące tego tematu. Uwielbiam oglądać filmy dokumentalne z dziedziny kryminologii i kryminalistyki na kanale Discovery. Jest tego całkiem sporo.

Zamieć śnieżna i woń migdałów to opowieść, która nie rozczaruje ani fanów szwedzkiej pisarki, ani wiernych stylowi Agathy Christie nowych czytelników. Choć z oczywistych względów akcja rozwija się tu wartko, będziemy mieć czas na rozwiązanie zagadki kryminalnej, jak za starych dobrych czasów Dziesięciu Murzynków. Intryga ciekawi i nie rozczarowuje, dobry przykład wzięty z królowej kryminału przyjemnie tu zaprocentował. Książka napisana jest lekko i czyta się ją wyśmienicie. Niestety oczywiście o wiele za szybko.

A jak się wszystko zaczyna? Koniecznie przeczytajcie fragmenty książki:

Lisette pchała przed sobą wózek z dziadkiem. Czuła na sobie spojrzenia całej rodziny. Policzki jej płonęły. Czuła się jak zwyciężczyni i miała nadzieję, że ten mały sukces zapowiada, że wygra znacznie ważniejszą bitwę. Tę o pieniądze dziadka. W głowie jej się kręciło na samą myśl o tym, ile jej kiedyś przypadnie. Miliony to mało, w grę wchodziły miliardy. Trzeba tylko zadbać o dobre stosunki z dziadkiem i liczyć na to, że tamci będą się po kolei kompromitować i odpadać. Co wcale nie było takie nieprawdopodobne. Wiedziała, że zarówno ojciec, jak i stryj są bliscy spalenia za sobą wszystkich mostów.


Oni nie będą poważną przeszkodą. Bernard i Miranda też nie. Jej największym rywalem w walce o spadek był Matte. Musiała przyznać, że obecnie brat jest dziadkowi bliższy niż ona. Była jednak pewna, że to chwilowe. Wystarczy poczekać. Matte też ujawni jakąś słabość, a ona zdoła ją wykorzystać.



- Oj, przepraszam. - Niechcący najechała wózkiem na stopę Martina i zatrzymała się, żeby go przepuścić.

Przez chwilę nie była pewna, czy dobrze zrobiła, zapraszając go. Ale bardzo jej zależało, żeby pokazać dziadkowi, że jest dorosła i dojrzała. Stały chłopak, w dodatku policjant, pasował do tego obrazu. Wolałaby tylko, żeby podczas prezentacji nie wypadł tak nieporadnie. Wystarczył rzut oka na Bernarda, żeby się przekonać, co sądzi o Martinie. Zastanawiała się, czy pozostali myślą tak samo. Martin jest oczywiście sympatyczny i uroczy, ale wyraźnie brak mu obycia.

Trudno, jest jak jest, musi jakoś przetrwać ten weekend. Wtoczyła wózek do jadalni.

(...)

Martin poczuł, że kęsy kiełbasy rosną mu w ustach. Atmosfera gęstniała. Poszukał spojrzenia Lisette. Tak jak pozostali członkowie rodziny w napięciu. Chciwie słuchała tej wymiany zdań.

- Lisette, masz jakieś plany? Podejmiesz jakąś pracę?

Lisette zamknęła usta. Dziadek tak nagle zwrócił uwagę na nią.

- Ja... ja... przecież ja się uczę - wyjąkała nerwowo i skurczyła się na krześle.

- Tak, wiem, że studiujesz - odparł sucho Ruben. - Płacę za twoje studia. Od ośmiu lat. Zastanawiam się, czy nie pora część wiedzy wykorzystać w praktyce - mówił podejrzanie łagodnie.

Lisette ze strachu spuściła wzrok i wymamrotała:

- Oczywiście, dziadku.

(...)

Ruben znów parsknął, a potem wybuchnął, pryskając śliną:

- Ale z was żałosna zgraja! Podczepiliście się pode mnie, żyjecie na mój koszt i wydaje wam się, że powinienem was karmić złotą łyżeczką. Wy musicie tylko otwierać dziobki! Wbrew własnym przekonaniom ciągle dawałem wam kolejne szanse, dokładałem coraz więcej do waszych przedsięwzięć. Wam - kiwnął głową w stronę synów - przekazałem prowadzenie firmy, bo bardzo chciałem, żeby została w rodzinie. A wyście mnie zawiedli! Wszystko, co wam dałem, zmarnotrawiliście, roztrwoniliście albo uszczupliliście. Więc teraz mówię: dość! - Grzmotnął ręką w stół, wszyscy drgnęli.

Instynkt podpowiadał Martinowi, że powinien uciekać. Robiło się co najmniej nieprzyjemnie. Z drugiej strony miał ten odruch, który mają wszyscy, kiedy przejeżdżają koło miejsca wypadku: nie mógł się powstrzymać, żeby nie spojrzeć.

- Żebyście wiedzieli, wszystkich was wydziedziczę! Testament został spisany, podpisany i poświadczony. Dostaniecie tylko tyle, ile musi wam przypaść zgodnie z prawem. W dniu, w którym wyciągnę nogi, kilka starannie przeze mnie wybranych organizacji dobroczynnych podziękuje swojej szczęśliwej gwieździe, bo to one dostaną całą resztę!

Wszyscy wpatrywali się w siedzącego na wózku inwalidzkim starca. Zastygli, jakby ktoś wcisnął stop-klatkę. Ciszę zakłócał jedynie syczący oddech Rubena i dzikie wycie wichury za oknem.

Po tym wybuchu Rubenowi najwyraźniej zachciało się pić. Trzęsącą się ręką podniósł do ust szklankę wody i chciwie wypił. Nikt się nie odezwał, nie poruszył. Ruben odstawił szklankę. Wyglądał, jakby powoli schodziło z niego całe powietrze, jak z dziurawego balonu. Lekkie drżenie twarzy było pierwszą oznaką, że coś jest nie tak. Potem przeszył ją skurcz, przeszedł z prawej strony na lewą. Później zaczęły się spazmy: objęły całe ciało, początkowo lekko, potem coraz gwałtowniej. Z jego krtani wydobył się gardłowy odgłos. Zareagowali dopiero wtedy, gdy zaczęło rzucać całym jego chudym ciałem.

- Dziadku! - krzyknęła Lisette, rzucając się w jego stronę.

Również Bernard zerwał się na równe nogi. Oboje stali niezdecydowani, nie wiedząc, co robić. Bernard próbował przytrzymać dziadka za chude ramiona, ale za bardzo się rzucał.

- On umiera! - krzyknęła Vivi i mocno pociągnęła za naszyjnik. Pękł i perły posypały się kaskadą po całej podłodze.

- Zróbcie coś w końcu! - wykrzyknęła Britten, rozglądając się bezradnie.

Martin ruszył naprzód, ale w chwili, gdy dobiegł do Rubena, wszystko nagle się skończyło i jego głowa z głuchym odgłosem opadła na stojący przed nim talerz. Martin chwycił chudy nadgarstek. Palcem wskazującym i kciukiem sprawdził puls. Po chwili musiał powiedzieć:

- Nie żyje. Przykro mi.

Vivi wydała kolejny okrzyk, sięgnęła ręką do naszyjnika, którego już nie miała.

Z kuchni nadbiegli Börje i jego żona.

- Wezwijcie pogotowie. Ojciec dostał jakiegoś ataku. Musimy sprowadzić pomoc! - krzyknął do nich Harald.

Börje z ponurą miną pokręcił głową.

- Niestety, wichura chyba zerwała linie telefoniczne. Przed chwilą próbowałem dzwonić. Telefon nie działa.

- Obawiam się, że na niewiele by się to zdało - powiedział Martin, podnosząc się. - Jak już powiedziałem, on nie żyje.

- Co mu się stało? - Britten zaczęła szlochać. - Dostał zawału? Może udaru? Co to było?

Martin już miał wzruszyć ramionami na znak, że nie wie, gdy nagle poczuł unoszący się wokół zmarłego zapach... znajomy zapach... Pochylił się nad Rubenem. Jego głowa spoczywała na stole między śledziami a klopsikami. Powąchał jeszcze raz. Tak jest. Słaba, lecz wyraźna woń migdałów. Zapach, którego nie powinno tam być. Sięgnął po szklankę i wetknął w nią nos. Wyraźna woń gorzkich migdałów potwierdziła jego podejrzenia.

- Został zamordowany.

Wydawnictwo Czarna Owca przygotowało również swego rodzaju gratkę dla wielbicieli książek Camilli Lackberg. Pierwsze cztery tomy serii o Fjällbacce zostały ponownie wydane w odświeżonej szacie graficznej i w lekko pocketowej formie. Poniżej prezentuję wszystkie cztery okładki. Moim zdaniem prezentują sie doskonale. Należy jednak pamiętać, żeby nie oceniać książki po okładce i przeczytać choć jedną z nich, bo naprawdę warto.

   

14 komentarzy:

  1. Śliczne są te nowe okładki, o wiele lepsze od poprzednich :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam już tę książkę na półce. To był i jest mój jedyny zakup grudniowy, ale jakże oczekiwany:) mam nadzieję, że uda mi się przeczytać ją w święta, żeby tak klimatycznie było:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Faktycznie bardzo ładne te nowe okładki. Księżniczka z lodu jeszcze na półce czeka, może wreszcie za nią się zabiorę...

    OdpowiedzUsuń
  4. Ależ te pierwsze cztery tomy serii o Fjällbacce wyglądają wspaniale. Nawet cieszę się, że nie mam starego wydania, bo mogę sobie zrobić prezent na święta kupując powyższe dzieła.

    OdpowiedzUsuń
  5. Naprawdę, dużo lepsze okładki,szkoda, że ja mam se stare. A po autorkę czymprędzej muszę sięgnąć!

    OdpowiedzUsuń
  6. Piękne okładki, bardziej mi się podobają od starych. Ach, w końcu muszę sięgnąć do jej twórczości.

    OdpowiedzUsuń
  7. Z wielką chęcią sięgnę po ten tytuł, bo jestem wielką fanką Christie, a z twórczością Lackberg chętnie się zapoznam.

    Przy okazji zapraszam Cię do udziału w moim konkursie:
    http://in-vissible.blogspot.com/2012/12/santa-claus-is-coming-czyli-konkurs.html :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Lubię jej książki.Z serii o Fjällbacce przeczytałam wszystkie oprócz ostatniej. Tą też na pewno przeczytam.

    OdpowiedzUsuń
  9. Książkę prezentowałam na swoim blogu jako interesującą zapowiedź :) Widzę, że rzeczywiście warto ja przeczytać :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Nowe okładki są śliczne! Pierwszy tom serii pani Lackberg już dodałam do swoich zbiorów i to właśnie w tym wydaniu - oby mi się spodobał!

    OdpowiedzUsuń
  11. Bardzo jestem ciekawa tej książki. A okładki są faktycznie prześliczne!

    OdpowiedzUsuń
  12. Można wierzyć, bądź i nie, ale jeszcze nie miałam okazji czytać żadnej z książek autorki. Choć wiele dobrego o niej czytałam, to jednak książki nie trafiły do tej pory w moje ręce. Cóż. Wszystko przede mną ;]

    OdpowiedzUsuń
  13. Czytałam pierwsze trzy tomy i zabieram się za kolejne:)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  14. wlasnie jestem po lekturze i byłam ciekawa innych opinii :) też widzę podobieństwo do A. Christie. Autorka włada dobrze językiem, ale brakuje tu "zagmatwania" jak u Christie i, moim zdaniem, postacie nie są nakreślone prawdziwie... Według mnie ich zachowania są nienaturalne i pozbawione prawdziwych emocji... troszkę się zawiodłam zakończeniem (przeprowadzonym na 2-3 stronach), ale z ciekawości zajrzę do jeszcze jednej książki pani L. (może w dłuższych fabułach radzi sobie lepiej). Cieszę się, że sąnowe wydania, bo dotychczasowe okładki były strasznie zniechęcające (jak podrzędne horrory). Dzięki więc za info! ;)

    OdpowiedzUsuń