sobota, 7 marca 2015

RECENZJA: Walter Moers, Labirynt Śniących Książek [Das Labyrinth der Traumenden Bucher, 2014]

Literatura fantastyczna nigdy zanadto mnie nie frapowała. Entuzjastce realizmu trudno odnaleźć się w klimacie często groteskowych przeobrażeń świata w publikacjach fantasy. Niemniej pewnego dnia przyszło mi zmierzyć się z twórczością Waltera Moersa i jego Labiryntem Śniących Książek. Niemiecki literat, fantasy i książka o książkach. Co wynikło z tegoż połączenia?

Przede wszystkim Moers zagwarantował czytelnikowi pokaźną dawkę wspaniałej prozy, pisanej lekko, aczkolwiek uwidaczniającej niebywałą erudycję autora. Ponadto stworzył kontynuację nietuzinkowego świata z Miasta Śniących Książek i ponownie zabrał czytelnika do Księgogrodu - miasta antykwariatów, księgarń, wydawnictw oraz drukarni. Prawdziwa uczta literacka.

To właśnie w tejże niezwykłej krainie rozgrywa się akcja Labiryntu Śniących Książek. Przenosimy się zatem dwieście lat do przodu od wydarzeń opisanych w Mieście Śniących Książek. Toteż po katastrofie, jaka spotkała Księgogród, Hildegunst Rzeźbiarz Mitów - najsłynniejszy pisarz Camonii - pławiąc się w luksusie, odpoczywa w Twierdzy Smoków. Pewnego dnia jego spokój zostaje zakłócony, gdyż otrzymuje tajemniczy list, nakłaniający go do porzucenia wygodnego życia i powrotu do Księgogrodu. Smok wyrusza więc w kolejną wyprawę. Doznaje podczas niej wielu przygód, a także poznaje librinautów, lalaistów, Lalacircus Maximus, maestra Korodiaka i wiele innych.

Nader szczegółowa opowieść, jaką prezentuje nam Moers, w pewnym momencie staje się swoistą retrospekcją. Otóż przy okazji wizyty w Lalacircus Maximus, Hildegunst - a wraz z nim również my - ogląda inscenizację teatralną o znajomej mu fabule. Sztuka, której jest bacznym obserwatorem, relacjonuje jego własne przygody opisane w Mieście Śniących Książek. Toteż mamy w tym miejscu do czynienia ze streszczeniem poprzedniej powieści Moersa, co według mnie dla nowicjusza twórczości tegoż autora jest ogromnym pozytywem (aczkolwiek miejscami nużącym), zaś dla kontynuatora (bardzo długim) powodem do znużenia. Osobiście, jako nowicjuszka, zostałam zapoznana z gąszczem rozmaitych wydarzeń, z których w mojej głowie zrodził się jedynie mętlik i retrospektywna opowieść nie do poukładania.

Abstrahując od fabuły powieści, warto nadmienić kilka słów w kwestii formy, języka i stylu. Jak już wcześniej napisałam, powieść Moersa - dobitnie reprezentująca literaturę fantastyczną - to niebywała uczta literacka. Nie można nie docenić trudu włożonego w przekład tejże pozycji, która formą przypomina opowieść przy ognisku (narracja pierwszoosobowa, liczne zwroty do adresata, rozbudowana składnia). Dzięki zamiłowaniu autora do szczegółów, stajemy się niczym naocznymi świadkami wszystkich wydarzeń. Niemniej owa dokładność miejscami może nużyć i spowalniać akcję, która w gruncie rzeczy rozwija się dość mozolnie. Toteż przed przystąpieniem do lektury tejże powieści warto uzmysłowić sobie, iż czeka nas pokaźna doza pseudonaukowej prozy. Dodatkowo takiej, której akcja jest raczej apatyczna aniżeli wartka.  

Konkludując, Labirynt Śniących Książek autorstwa Waltera Moersa to niewątpliwie nader ciekawy przykład literatury fantastycznej. Mnie niestety lektura powieści fantasy męczy i nuży. W przypadku Labiryntu... było podobnie. Niemniej prawdziwy entuzjasta tegoż gatunku zapewne byłby zachwycony. Mnie jednakże od - niewątpliwie doskonałej - prozy Moersa oddala przesadna dokładność opisów oraz brak płynnie rozwijającej się akcji. Gdy miałam nadzieję, że właśnie teraz opowieść nabierze stosownego tempa, ona po prostu dobiegła końca. Toteż wobec tejże pozycji pozostanę w stosunku ambiwalentnym.

Za możliwość zrecenzowania tejże pozycji 
serdecznie dziękuję Wydawnictwu Dolnośląskiemu 
http://publicat.pl/wydawnictwo-dolnoslaskie.html
 

1 komentarz:

  1. Bardzo mnie ciekawi ta publikacja, chociaż rzadko czytam podobnie tematycznie książki.

    OdpowiedzUsuń